Traumę związana z chorobą i śmiercią bliskiej, kochanej osoby trzeba przeżyć, aby o niej mówić ?
Pragnę serdecznie podziękować całemu zespołowi Hospicjum im. Jana Pawła II w Żorach za ich profesjonalizm, bezinteresowną pomoc, opiekę i troskę, oraz ciepłe słowo.
Dziękuję za dobroć serca w ostatnich chwilach życia mojego męża, Zbigniewa Redleckiego, za opiekę prowadzoną tak, aby choroba nowotworowa nie zabierała nadziei i radości dnia codziennego, a jakość życia każdego dnia była jak najlepsza.
Dziękuję za pomoc medyczną i duchową, która pozwoliła mu godnie przeżyć ostatnie chwile.
Dziękuję, że byliście wtedy, gdy potrzebowaliśmy Waszej opieki i wsparcia.
Dobro jest jak kamyk rzucony w wodę - zatacza coraz większe kręgi ?
Jeszcze raz serdeczne Bóg zapłać ?
Aniela Redlecka z rodziną
Żory 14.10.2009r.
Zimowy lutowy wieczór, szpitalny korytarz i słowa pacjenta ?Naprawdę nic mi nie jest, trochę bolą mnie plecy?, lekarz zdecydowanym głosem oświadcza: ?Musi Pan u nas zostać kilka dni wykonamy niezbędne badania?. Tydzień później rezonans magnetyczny, szybka zmiana szpitala, potrzebna operacja - trzeba usunąć nerkę.
Jeszcze nadzieja, że to tylko niewydolność, przecież ON nigdy nie chorował, nie panikujmy, ludzie są dializowani i jakoś żyją. Gdzieś w podświadomości, czai się złowieszcze słowo ?nowotwór? ale przecież to niemożliwe, nie w tym przypadku.
13 lutego, operacja trwająca 4 godziny, wstrząs, krwotok, przetoczonych 12 jednostek krwi, OIOM, respirator i lekarze mówiący ?Wszystko w rękach Boga?.
14 lutego respirator, spore dawki Tramalu, na szpitalnym łóżku przykryty prześcieradłem z mnóstwem przewodów monitorujących funkcje życiowe, zaintubowany, unieruchomiony by ból, którego w tym momencie nie można uśmierzyć, nie pozwolił na gwałtowne ruchy. Nad łóżkiem pochyl się młoda kobieta, mężczyzna otwiera oczy ?Tato mrugnij jeśli mnie słyszysz?- prosi łamiącym się głosem, mężczyzna mruga?. Lekarze nie są dobrej myśli, nie pozostawiają złudzeń, mówią, że zostało sześć do ośmiu miesięcy życia. Wyniki badań histopatologicznych potwierdzają wyrok - nowotwór złośliwy, przerzuty do węzłów chłonnych, najstarsze zmutowane komórki mają sześć lat jest już za późno?..
Wyrok śmierci z odroczonym terminem wykonania.
Wiosna-rekonwalescencja przebiega znakomicie, maj - komunia najmłodszej córki - wszystko w jak najlepszym porządku, czerwiec - rodzinna wycieczka w góry, burza, schronisko, gorąca herbata, wakacje dobiegają końca, minęło pół roku od operacji - nadzieja na to, że jednak lekarze się pomylili, że wszystko jest dobrze, że zdarzył się cud.
Początek września, nagły atak epilepsji, szpital: diagnoza - przeżuty do mózgu i kości, lekarze ostrzegają, że może być ciężko z kompletnym paraliżem i śpiączką włącznie. A on nie traci pogody ducha pogodzony ze sobą mówi odwiedzającej go córce, że coś go tam pobolewa ale żeby ona się przypadkiem nie martwiła i skupiła się na pracy magisterskiej, bo wkrótce przecież ma obronę.
Żona - ta, sama, która 25 - lat temu, przysięgała ?w zdrowiu i chorobie, dopóki śmierć nas nie rozłączy?, matka czwórki dzieci, nauczycielka w sposób niewiarygodny godząca wszystkie obowiązki zawodowe z domowymi. W pewnym momencie, gdy doba staje się zbyt krótka, by wszystkiemu podołać, decyduje się poprosić o pomoc.
Hospicjum czy to już - Tam się przecież umiera - pierwsza myśl, która przechodzi jej przez głowę. Nieprawda przekonują współpracownicy - ?Hospicjum to też życie?. I nagle okazuje się, że gdzieś obok są ludzie wielkiego serca, którzy bezinteresownie udzielają fachowej pomocy: medycznej, psychologicznej, duchowej. Niesamowita energia, optymizm i zaangażowanie. Wolontariuszka, która staje się niemal członkiem rodziny, pielęgniarki odbierające telefon 24 godziny na dobę, wyjaśniające każdą wątpliwość, służąca pomocą 7 dni w tygodniu, niesamowity lekarz onkolog, który odwiedza chorego tak często jak to tylko konieczne, szafarz przynoszący komunię co wieczór.
Atmosfera w domu chorego jest przepełniona spokojem. Brak tu nerwowego pośpiechu, każdy dzień ma swój rytm. Najstarsza córka mieszka 100 km od rodzinnego domu co weekend przyjeżdża żeby móc w pełni wykorzystać czas, który jeszcze pozostał. Syn jest w wojsku, gdy tylko dostanie przepustkę wsiada w pociąg, pozostaje jeszcze dwójka młodszych dzieci - 14 i 9 - letnie. Cała czwórka pomaga jak tyko może.
Widząc jak opiekunowie z hospicjum wpływają na samopoczucie fizyczne i psychiczne ich mamy, widzą, że tata jest spokojny i pełen ufności, i że bardzo przywiązał się do osób, które, gdy tylko potrzebuje są do jego dyspozycji. Panie pielęgniarki proponują wypożyczenie wózka , aby choremu łatwiej było się przemieszczać po domu, za chwilę przywiozą specjalne łóżko, by jego zwichnięty kręgosłup mógł być odciążony. Niesamowity ból maskowany uśmiechem i pogodnym :Kochani nic mi nie jest wcale mnie tak bardzo nie boli?, coraz większe dawki morfiny w coraz krótszych odstępach czasu?.
Jest piątek 13.10, godzina 7.10 zaraz podamy leki, śniadanie już czeka, nagle bezdech, telefon do pielęgniarki, która już nie zdążyła? Dzieci szykują się do szkoły. ?Jak to tatuś umarł - Przecież pan doktor go leczył !? z goryczą mówi najmłodsza córka. Momentalnie pojawia się nieoceniona wolontariuszka oraz pielęgniarka i razem pomagają przygotować ciało do ostatniej podróży.
Wielka rozpacz i ból a po chwili myśl, że przecież Jego już nic nie boli, On już nie cierpi, patrzy na nas z góry i mówi ?Nie płaczcie mi już jest błogo i dobrze?. Uroczystości pogrzebowe wokół mnóstwo życzliwych osób, kilka dni później - leki już nie zajmują połowy lodówki, specjalistyczne łóżko rozmontowane, wózek inwalidzki przekazany kolejnej osobie. Została tylko przerażająca cisza. Nagle przerywa ją dźwięk dzwonka telefonu - to wolontariusze z hospicjum aby spytać o samopoczucie, o to czy czegoś nie potrzeba - oni wtedy po prostu są.